Szukaj: w


recenzje

Where the Wild Things Are (Gdzie mieszkają dzikie stwory)


Od pewnego czasu za oceanem jednym z najbardziej popularnych gatunków muzycznych (także w masowej świadomości) jest indie rock (independent rock). To bardzo ciekawa kwestia, bowiem muzyka, która była pomyślana swą formą i ideologią, jako coś całkowicie niekomercyjnego, już od lat 90 zaczęła wchodzić na "salony". Wielkie wytwórnie "wyławiały" undergroundowych artystów tworzących muzykę (często bardzo niewprawną) i sprzedawały ją wmawiając nam, że twórcy ci są celowo nieprofesjonalni zarabiając przy tym ogromne pieniądze. Ten model kreował modę na twórczość niezależną, która swym buntem szła pod prąd wszelkim zasadom muzycznym. Z jednej strony można mieć o to spore pretensję, gdyż na rynku pojawił się zalew (szczególnie w ostatniej dekadzie) artystów indie, którzy prezentowali stosunkowo podobny do siebie styl, z drugiej jednak ten boom na independent music pozwolił zaistnieć takim twórcom jak Devotchka, Beirut, Kimya Dawson, czy Dead Man's Bones.

Jak zwykle gdy coś pojawia się w muzyce popularnej, wkrótce musi też trafić do kina, które adaptuje tego typu nowości do ilustrowania obrazu. Często takie mariaże zupełnie się nie sprawdzają, gdyż opisywanie dźwiękiem to proces zbyt złożony by można tu było mówić o bezmyślnym korzystaniu z zastanego materiału. Indie rock to przykład stylu, który w kinie sprawdza się świetnie. I to nie tylko w filmach artystowskich, ale także w innych gatunkach, bardziej komercyjnych. Podejrzewam że powodem jest duży ładunek emocji zaklęty w tych chropowatych, niedopracowanych utworach, muzyce celowo niedoskonałej, która przez to intryguje swoją oryginalnością i idealnie pasuje do wizji chcących zaistnieć reżyserów. Sięganie po indie jest więc ostatnio modne czego dowodem mogą być takie scory, jak choćby "Juno" czy "Little Miss Sunschine".

Nic więc dziwnego, że jeden z najoryginalniejszych reżyserów pracujących w Hollywood, Spike Jonze, tworząc "Gdzie mieszkają dzikie stwory, zdecydował się sięgnąć właśnie po indie. Historia powstania muzyki do tego filmu jest niezwykle ciekawa i mogłaby wypełnić całą niniejszą recenzję, jednak żeby nie zanudzać streścimy ją do kilku zdań. Otóż od samego początku Jonze umyślił sobie zatrudnić do napisania przede wszystkim piosenek, ale też i pewnego materiału ilustracyjnego, mającą polskie korzenie Karen Lee Orzelek, wokalistkę indie rockowego zespołu Yeah Yeah Yeahs. Stały współpracownik Jonze'ego Carter Burwell nie dostał angażu. Jednak wkrótce okazało się, że chociaż piosenki Karen O. są świetne, to jej materiał nie wszędzie udaje się wpasować. Burwell został więc poproszony najpierw o poradę (jak zinstrumentować zastały materiał), a potem, gdy stworzył kilka przykładowych temptracków, zdecydowano się go oficjalnie zatrudnić. I chyba dobrze się stało, bo choć Karen O. ma bez wątpienia duże wyczucie filmowego medium, to jednak nie wszędzie jej muzyka byłaby odpowiednia.

Film Jonze'ego to obraz dziwny, a jak na standardy Hollywood nawet bardzo dziwny (boje jakie toczył reżyser z wytwórnią Warner Bros urosły już do miana legend). Historia małego, nie mogącego się porozumieć z rodziną chłopca, który po kłótni z matką ucieka z domu i trafia na wyspę zamieszkaną przez dziwne, dzikie stwory jest jednym wielkim moralitetem. Dosłowne interpretacje filmu Jonze'ego z pewnością sprowadzą nas na manowce, bo też nie o logikę, lecz właśnie o symbol (wyspa staje się jedynie imaginacją chłopca, a stwory to nic innego jak kolejne wcielenia jego charakteru) tutaj chodzi. Już pobieżne streszczanie fabuły zdradza nam, że muzyka nie mogła być typowa. Stąd też wybór Karen O., której piosenki dodają specyficznej nostalgii, dużo dziecięcej naiwności, ale przede wszystkim aż kipią od młodzieńczego, mającego jakże symboliczne znaczenie buntu (błyskotliwe All Is Love, Capsize, czy Rumpus,), buntu który objawia się przede wszystkim w tym całym "muzycznym nieprofesjonaliźmie" (zatrudnienie niewytrenowanego dziecięcego chóru nadającego całości niepowtarzalnego charakteru). Oprócz naprawdę niezłych, zapadających w pamięć piosenek Karen O. zadbała też o kilka utworów instrumentalnych, z których najbardziej w filmie dostrzegamy dwa: oparty o delikatny wokal na który stopniowo narzucane są bas, perkusja i gitara, moment powrotu z wyspy (Sailing Home), oraz wstrząsający motyw ucieczki Maxa przed wściekłym Carol'em (Animal). Choć płyty z piosenkami Karen O. słucha się jednym tchem to jednak jej dzieło nie jest jedynym bohaterem ilustracyjnym filmu. Równie dobrze wraz z obrazem wypada subtelny, bardzo minimalistyczny, score Burwella, który jest niezwykle spójny z dziełem wokalistki Yeah Yeah Yeahs. Taki stan rzeczy zawdzięczamy przede wszystkim temu, że Burwell dołączył do produkcji później i nie chcąc zniszczyć zastanej formuły muzyki, starał się swoim scorem jak najlepiej w nią wpasować. Wyszło mu na prawdę znakomicie, bowiem nie jesteśmy w stanie rozróżnić co jest dziełem Burwella a co Karen O. Przesłuchując dzieło twórcy "Rob Roya" nie sposób nie zwrócić uwagi na kilka wspaniale wypadających w filmie motywów, z których szczególnie dwa są moim zdaniem godne uwagi. Pierwszym jest walka na kule z gliny (Dirt Clod Fight), drugim zaś, jeden z najciekawszych fragmentów muzycznych 2009 roku, czyli We Love You So, który ilustruje pożegnanie Maxa ze stworami zamieszkującymi wyspę. Jest to wspaniały przykład w jak mistrzowski sposób Burwell steruje naszymi uczuciami, nadając prostej scenie ogromnego ładunku emocjonalnego. A czyni to tak prostymi przecież środkami jak skromne instrumentarium i plumkającym temat, który jednak sprawia, że u wielu widzów pojawiają się autentyczne łzy.

Mojego podekscytowania dla muzyki Karen O. i Cartera Burwella nie da się opanować. Jest to bowiem partytura, która wyraźnie przypadła mi do gustu, mimo że bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z jej wad. Przede wszystkim muzyka w oderwaniu od obrazu wiele traci. Szczególnie score Burwella, który poza kilkoma fragmentami jest po prostu nudny, a jego minimalistyczna konstrukcja w żadnym wypadku nie jest tu pomocą. Drugim problemem jaki zauważamy analizując muzykę do "Where the Wild Things Are" jest kwestia oryginalności. Tego typu piosenek, bliźniaczych stylistycznie, na rynku indie rocka jest "od groma". Owszem różnią się szczegółami, lecz ani Karen O. ani Spike Jonze (który zdecydował się okrasić swój film akurat taką muzyką) Ameryki nie odkryli. Nie zmienia to jednak w żadnym razie faktu, że "Gdzie mieszkają dzikie stwory" to film gdzie muzyka odgrywa bardzo ważną rolę (jako wzmacniacz emocji i kreator dodatkowych znaczeń), bez wątpienia wyraźnie podnosząc wartość samego obrazu. Niestety w odróżnieniu od brzmienia muzyki w obrazie muszę trochę ponarzekać na albumy. Komercyjna realizacja spokojnie mogła być wzmocniona większą liczbą utworów Burwella (Follow the Fires, Max Joins, Dirt Clod Fight, czy przede wszystkim We Love You So), co na pewno uczyniłoby oficjalny album lepszym, jednocześnie nie rozbijając jego struktury (ze względu na opisywaną jednolitość stylową). Z drugiej strony wydany jedynie cyfrowo score nie ma mocy i przebojowości songtracku, a jego nazbyt minimalistyczna konstrukcja bardzo szybko może znużyć poza obrazem. Te źle skomponowane wydania wpływają bardzo mocno na ocenę muzyki na płycie, która w tej sytuacji nie może być zbyt wysoka (postanowiłem ocenić wspólnie całość egzystującego materiału).

"Gdzie mieszkają dzikie stwory" to muzyka zdecydowanie nie dla każdego, muzyka która swoją klasę udowadnia dopiero po obejrzeniu filmu i zaakceptowaniu pewnych antyhollywodzkich reguł jaki wprowadza Jonze. Tylko po spełnieniu tych obostrzeń będzie godna Waszej szczególnej uwagi.



Autor recenzji:  Łukasz Wudarski
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów

Songtrack

  • 1. Igloo (01:48)
  • 2. All Is Love (02:50)
  • 3. Capsize (02:38)
  • 4. Worried Shoes (04:12)
  • 5. Rumpus (02:44)
  • 6. Rumpus Reprise (01:53)
  • 7. Hideaway (05:11)
  • 8. Cliffs (02:59)
  • 9. Animal (04:10)
  • 10. Lost Fur (01:06)
  • 11. Heads Up (02:56)
  • 12. Building All Is Love (03:32)
  • 13. Food Is Still Hot (02:45)
  • 14. Sailing Home (01:02)
Czas trwania: 39:46

Score

  • 1. Lost Fur 1:09
  • 2. Sailing 2:14
  • 3. Follow the Fires 2:53
  • 4. Max Joins 0:59
  • 5. When You Have a Problem 1:31
  • 6. Taming 3:09
  • 7. This Is Your World 2:06
  • 8. Dirt Clod Fight 3:25
  • 9. I'm Done 0:37
  • 10. Carol's Dark Night 2:44
  • 11. Lost Fur (Reprise) 1:16
  • 12. We Love You So 4:40
Czas trwania: 26:43
Komentarze
Marek 2010-01-10
20:24
Ciekawy soundtrack, bardzo fajnie wypadający w filmie (Jonze świetnie czuje relację montaż-muzyka) - jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to chyba tylko do tego, że muzyka ta nie ma aż takiej siły oddziaływania co Mała Miss, czy nawet Juno (która korzystała z gotowego materiału, ale idealnie wpisywał się on w osobowość bohaterki). W każdym razie za sam pomysł porządna ocena się należy, a score Burwella w sumie też jest niezgorszy.
Mefisto 2010-01-10
20:52
Filmu niestety nie widziałem (dzięki naszym dystrybutorom), więc tak jak piszesz muzyka nie zrobiła na mnie większego wrażenia, a nawet się zawiodłem. O ile piosenki jakoś dają radę, tak score jest niemalże nijaki.
Neimoidian 2010-01-13
21:07
Słuchałem jak na razie tylko piosenek i uważam, że są naprawdę fajne. Nie znam się na tym na tyle, by powiedzieć na ile są oryginalne, a na ile nie, jednak jak na twórczość dla dzieci (tych dużych i małych) nie trącą infantylnością i w prosty, bezpretensjonalny sposób traktują o różnych ważnych i mniej ważnych sprawach.
Mystery 2010-01-14
12:11
Bardzo ciekawa muzyka, przede wszystkim w filmie, ale i na płycie jest czego posłuchać, szczególnie Karen O, choć i u Bruwella też nie jest najgorzej.
Koper 2010-02-19
19:48
W filmie cztery z plusem, poza nim już tak dobrze nie jest. Niemniej całkiem sympatyczne to, więc z oceną końcową zgodzić się mogę. :)
Marcin 2010-07-28
21:31
pierwszy raz chwale recencje bo jest bardzo trafna film piekny a po obejrzeniu filmu jak maja sie nie podobać piosenki z niego polecam do ogladania we dwoje Ona bedzie płakać i dobrze
Mieszko 2013-07-24
11:37
Songtrack całkiem fajny, przyznaję. Score Burwella z kolei wzbudził we mnie bardzo mieszane uczucia, a zwłaszcza temat, który pojawia się np. w "Lost Fur" czy tak chwalonym " We Love You So". Natychmiast skojarzył mi się z utworem "Life Of The Bird" (patrz: "The Crimson Wing: Mystery of the Flamingos" The Cinematic Orchestra). W filmie całość działa bez zastrzeżeń, choć porywająco moim zdaniem też nie jest.

Where the Wild Things Are (Gdzie mieszkają dzikie stwory)

Kompozytor:

  • Karen O. & Carter Burwell

Dyrygent:

  • Carter Burwell

Orkiestrator:

  • Carter Burwell

Soliści:

  • Karen O. – wokal
  • Marc Ribot, Mark Stewart -gitary
  • Bill Mays- fortepian
  • Sharon Yamada, Laura Seaton – skrzypce
  • Robert Rinehart – altówka
  • Eileen Moon – wiolonczela
  • Greg Cohen – gitary absowe
  • Barbara Allen, Tori Drake – harfy
  • Rob Bottil – obój
  • Pavel Vinnitsky
  • Gordon Gottlieb, David Cossin – perkusja

Wykonawcy:

  • Yeah, Yeah, Yeahs

Wydawca:

  • DCG/Interscope Records (2009)

Producent:

  • Carter Burwell

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2018 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie