Szukaj: w


recenzje

Venom



A miało być tak pięknie…
Jakże inaczej skwitować sytuację związaną z ekranizacją przygód jednego z ciekawszych antagonistów z komiksowego uniwersum Marvela? Venom w solowym wydaniu? To miało być coś! Tym bardziej, że stojący za kamerą Ruben Fleischer i produkujące to widowisko, studio Sony, zapowiadało bezkompromisowe, krwawe widowisko. No i ten angaż Toma Hardego! Wszystko zdawało się iść w dobrym kierunku, kiedy na jaw wyszły informacje o gorączkowych działaniach studia w celu obniżenia kategorii wiekowej. Wiadomym już było, że nie wszystko poszło tak, jak pierwotnie zakładano. Zresztą już pierwsze opinie z pokazów prasowych sugerowały dosyć lichą rozrywkę, tworzoną w oldschoolowym stylu. I choć wycieczka do kina zrewidowała część z tych krytycznych opinii, to jednak trudno wypowiadać się o Venomie w kategoriach filmu udanego. Do poziomu współczesnych historii superbohaterskich narzucanych przez studio Marvela, jest mu bardzo daleko. Fabuła również kuleje, a jedynym elementem, dla którego warto przetrwać seans do końca, była właśnie kreacja głównego bohatera. Wydawać się mogło, że tak skrojone widowisko skazane będzie na komercyjną porażkę, ale wbrew czarnym scenariuszom malowanym przez krytyków, widownia dopisała, zwracając koszty produkcji już po pierwszym weekendzie wyświetlania. Nieśmiało proklamowana trylogia przygód Venoma może więc w najbliższej przyszłości stać się faktem. Czy do realizacji tych przyszłych projektów zaangażowany zostanie również ten sam autor oprawy muzycznej?

Na to pytanie trudno w tym momencie odpowiedzieć, ale przysłuchując się ścieżce dźwiękowej do Venoma warto rozważyć jakąś zmianę na tym stanowisku. Jest to o tyle zaskakujące, że odpowiedzialny za nią kompozytor, Ludwig Goransson, stworzył w tym roku jeszcze jedną oprawę do kina superbohaterskiego. Muzykę, która przez wielu miłośników gatunku uważana jest za dzieło niemalże wybitne. Choć w moim odczuciu Czarna Pantera o żaden geniusz się nie ociera, ale w kategoriach rozrywkowych i funkcjonalnych należycie spełnia swoje powinności. Ot zupełnie odwrotnie niż muzyka do Venoma.

Nie będę ukrywał, że na seans filmowy wybrałem się już po kilkakrotnym przesłuchaniu soundtracku. Wiedziałem zatem czego się spodziewać po partyturze, choć owe doświadczenia odsłuchowe nie zaliczyłbym do najprzyjemniejszych. Muzyka, jaką stworzył Goransson jest szorstka i odpychająca w treści, jak sam film. Wyzuta z jakiegoś większego pomysłu na zagospodarowanie sfery melodycznej i bardzo pretensjonalna w podejmowanej przez kompozytora stylistyce. Poniekąd można zrozumieć tok myślenia, jakim kierował się Goransson, kiedy zamiast klasycznej w wymowie, orkiestrowo-chóralnej pracy, postanowił stworzyć dosyć agresywną i brutalną w treści, mieszankę elektroniczno-symfonicznych brzmień. Partytura przeładowana jest więc piskliwymi dźwiękami, nisko schodzącymi liniami basowymi, gitarowym fuzzem i całą gamą zabiegów edycyjnych „deformujących” akustyczne i syntetyczne elementy faktury. A wszystko to w służbie należytego zilustrowania tajemniczej formy życia zwanej symbiontem. Cóż, w tym kontekście pewne założenia zostały spełnione, ale czy rozciąganie tej stylistyki na całość pracy nie było tutaj pójściem na łatwiznę?

Przyglądając i przysłuchując się działaniu ścieżki dźwiękowej w filmie, można odnieść wrażenie, że już na etapie spottingu postawiono sprawę jasno. Muzyka Goranssona pełnić miała ściśle określoną rolę, skupiając się tylko na wizerunku demonicznego symbionta. I z takim też nastawieniem kompozytor zabierał za projektowanie swojej ilustracji. Wszedł w buty statystycznego twórcy działającego u boku Hansa Zimmera, podchodząc do historii Eddiego i Venoma, jak do równie statystycznego techno-thrillera s-f. W kategoriach stricte funkcjonalnych partytura radzi sobie całkiem przeciętnie. Kiedy trzeba dynamizuje akcję pulsującymi, elektronicznymi bitami lub gitarowymi riffami. Innym razem wywoła ciarki na plecach cytując prosty w konstrukcji, ale często repetowany temat tytułowego symbionta. Okraszenie tego wszystkiego partiami chóralnymi wychodzi Goranssonowi z różnym skutkiem. O ile w połączeniu z tematem przewodnim ma swoją rację bytu, to już jako element podbijający dramaturgię w muzyce akcji osiąga zupełnie odwrotny efekt.


Najbardziej można ubolewać nad tym, że wszystko, co dzieje się zarówno w sferze melodycznej, jak i wykonawczej ociera się o bylejakość. I nie chodzi tutaj o sferę czysto koncepcyjną, tylko sposobu zagospodarowania tych pomysłów. Mamy więc całkiem obiecujące zalążki tematyczne (symbionta i Eddiego), które dosyć szybko giną pod natłokiem napastliwej, ohydnie sztampowej, muzycznej akcji. Zadziwiająca jest apatia w gospodarowaniu tymi wszystkimi środkami muzycznego wyrazy, która projekt takiej rangi sprowadza do poziomu wykonawczego, jakim Goransson rozczarowywał w remake’u Życzenia śmierci. Na palcach u jednej ręki można policzyć momenty, kiedy twórca Czarnej Pantery pokazuje tutaj swój pazur, bo na kreowanie emocji i nastrojów nie ma co się nastawiać. Trudno opisać zawód, jaki towarzyszył odkrywaniu tej pracy – zarówno w filmie, jak i w oderwaniu od wizualnego kontekstu. Można odnieść wrażenie, że na każdej płaszczyźnie jest jakiś element, który należałoby poprawić, aby ścieżka dźwiękowa faktycznie zaczęła współgrać z filmem. Tylko czy ociepliłoby to dosyć chłodny wizerunek, jaki zostawia po sobie samo widowisko Rubena Fleischera? Nie sądzę.

Z ciepłym przyjęciem nie spotka się również album soundtrackowy zawierający 55-minutową selekcję oryginalnej muzyki Ludwiga Goranssona. Na krążku nie usłyszymy z kolei piosenki promującej ten obraz, a wykonywanej przez Eminema. Z tego powodu należy się tylko cieszyć, bo jeżeli jest w sferze muzycznej Venoma coś gorszego od najpodlej zaaranżowanych kawałków scoru, to właśnie piosenka Eminema. Inną sprawą jest, że to, co ostatecznie wylądowało na płycie również nie prezentuje zbyt wygórowanego poziomu. Niespełna godzinne słuchowisko jest doświadczeniem raczej męczącym, choć zdarzają się fragmenty, nad którymi warto się pochylić.

Nie będzie nim na pewno otwierający krążek Space Exploration. Serwowany nam na tacy pełen zestaw brzmień, jakie dominować będą w dalszej części kompozycji, już na wstępie buduje solidną barierę między muzyką, a odbiorą. Jej przełamanie nie będzie proste i odsuwać się będzie w czasie w zależności od preferencji odbiorcy. Cześć z nich doceni gitarową prezentację tematu w Eddie's Blues, mając tym samym za złe, że kompozytor częściej nie szedł w takie klimaty. Inni z pewnością docenią intensywne, ale pozbawione polotu, fragmenty akcji. Na całej rozciągłości płyty jest ich aż nadto, by w międzyczasie zbudować sobie kolejny mur – tym razem odcinający uwagę odbiorcy od szeroko pojętej treści. Z niebytu wyrwać nas mogą dosadne prezentacje motywu przewodniego w Run, Eddie, Run lub Self Demence. Najbardziej okazałym w moim odczuciu jest jednak fragment ilustracji towarzyszący scenie pościgu ulicami San Francisco. Pedal To The Metal w wykonawstwie przypomina zwariowane kawałki, jakie Don Davis robił z Juno Reaktorem na potrzeby dwóch ostatnich Matrixów. I nie obraziłbym się, gdyby Goransson częściej sięgał po tak odważne rozwiązania. Niestety po wybrzmieniu tego kawałka wracamy do metodycznego epatowania sztampą. Takowej nie umyka nawet ilustracja finalnej konfrontacji wyrażana utworem Battle on the Launch Pad. Kończący słuchowisko You Belong With Us utwierdza w przekonaniu, że raczej rzadko wracać się będzie do tej pracy. O ile w ogóle…

Nie będę popadał w skrajności, jak wielu krytyków i określał Venoma mianem najgorszej ścieżki dźwiękowej do współczesnego kina superhero. Faktem jest, że praca Goranssona niebezpiecznie bryluje na tej granicy, ale słyszało się gorsze ilustracje. Z drugiej strony jest ogromny żal do twórcy, że koncertowo zmarnował praktycznie cały potencjał stojący za tym projektem. Choć film jako dzieło nie zapewniało zbyt dużej inspiracji, a studio naciskało, aby pójść w określonym kierunku muzycznym, to jednak możliwości były spore. Znając skłonności Goranssona do eksperymentowania z instrumentarium oraz sposobem przetwarzania dźwięku, można było oczekiwać po Venomie znacznie więcej. Szkoda...



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Space Exploration (4:23)
  • 2. Symbiotes Arrive (2:03)
  • 3. First Contact (3:29)
  • 4. Eddie’s Blues (4:50)
  • 5. Run, Eddie, Run (1:47)
  • 6. What’s Wrong with Me (2:33)
  • 7. Panic at the Bistro (1:23)
  • 8. Humans…Such Poor Design (2:55)
  • 9. Self Defense (3:28)
  • 10. Pedal to the Metal (3:50)
  • 11. Eyes, Lungs, Pancreas (2:45)
  • 12. You Want Up? (1:40)
  • 13. Venom Rampage (3:03)
  • 14. Annie, I’m Scared (1:47)
  • 15. Parasite (2:57)
  • 16. Unexpected Ally (0:51)
  • 17. Battle on the Launch Pad (8:18)
  • 18. You Belong with Us (3:09)
Czas trwania: 55:21
Komentarze
Zibi 2018-10-27
19:42
Ostrzyłem sobie zęby na to widowisko ;) i... Cóż, nie jest źle, ale bez "R-ki" nie mogło się to obronić. Podobnie jest z muzyką. Nie spodziewałem się arcydzieła i niestety tak się stało. Dwója i nic więcej, choć muszę stwierdzić, że w filmie brzmi lepiej niż poza...

Venom

Kompozytor:

  • Ludwig Goransson

Dyrygent:

  • Edward Trybek

Orkiestrator:

  • Edward Trybek
  • Henri Wilkinson
  • Jonathan Beard

Soliści:

  • Vinnie Colaiuta (perkusje)

Wykonawcy:

  • The Hollywood Studio Symphony

Wydawca:

  • Sony Classical (2018)

Producent:

  • Ludwig Goransson

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2018 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie