Szukaj: w


recenzje

007 - Goldeneye


Porażka kasowa jaką okazała się Licencja Na Zabijanie wstrzymała na kilka lat produkcję kolejnych epizodów przygód najlepszego agenta jej królewskiej mości, Jamesa Bonda. Dla szefostwa MGM'u jasne stało się, że seria zginie śmiercią naturalną jeżeli nie zostaną podjęte żadne rewolucyjne zmiany. Dokonano więc takowych. Timothy Dalton nijak sprawujący się w roli agenta 007 poszedł w odstawkę, a jego miejsce zajął Pierce Brosnan – aktor, jak się później okaże, o wiele bardziej odpowiedni. Sam profil obrazu uległ również poważnym zmianom. Postanowiono pchnąć go nieco z duchem czasu zaopatrując w jeszcze bardziej dynamiczną i zapierającą dech w piersiach akcję, jednocześnie zachowując pierwotny charakter kina szpiegowskiego. Stworzony na tej podstawie Goldeneye podziałał piorunująco na widownię, sprawiając że przygody Jamesa Bonda przeżyły w 1995 roku swój renesans. W tej całej zawierusze zmian swoje oblicze odmieniła również muzyczna strona serii... Szkoda tylko, że na gorsze.

Przez kilkadziesiąt lat hegemonem na tym polu był John Barry. Jego dyktatura skończyła się wraz z pojawieniem się na horyzoncie Licencji Na Zabijanie, której muzyczną oprawę sporządził wtedy Michael Kamen. Jak świat długi i szeroki opinie na jej temat były skrajnie podzielone, od stosunkowo entuzjastycznych poprzez umiarkowane, a skończywszy na nieprzerwanym paśmie oskarżeń (głownie fanów) kierowanych pod adresem kompozytora. Przygotowując Goldeneye nie dano jednak drugiej szansy Kamenowi. Podarowano ją francuskiemu, młodemu muzykowi, Ericowi Serra, którego twórczość do tej pory oscylowała głównie wokół filmów Luca Bessona. Nie rozumiem do końca, czy angaż ten studio traktowało jako swoistego rodzaju eksperyment, czy też naprawdę głęboko wierzono w talent Serry? Faktem jest, że skutki tej decyzji są opłakane. O ile w miarę nowoczesne podejście Kamena do serii mogło wywołać wśród konserwatywnych zwolenników twórczości Barry'ego trochę emocji, to podług tego co stworzył Serra jest to jedynie drobny „skok w bok”. Mając za sobą pierwszy kontakt z tą kompozycją byłem rozdarty. Nie wiedziałem bowiem, czy powinienem potraktować to jako kiepski żart i zatoczyć się śmiechem, czy też płakać z powodu miernoty tej muzyki...

Początek płyty zapowiada się wręcz cudownie. Na spotkanie spieszy nam całkiem fajna i przebojowa piosenka Tiny Turner o tytułowym Goldeneye, która przez prawie 5 minut rysować nam będzie utopijną wizję świetności tej ścieżki. The Goldeneye Overture wylewa już jednak kubeł zimnej wody na głowę słuchacza, uświadamiając go poniekąd z czym tak naprawdę będzie miał do czynienia. Na starcie rodzi się już wielkie zdziwienie i seria pytań kierowana pod własnym adresem. Czy kompozytor żył świętami włączając do ścieżki bożonarodzeniowe dzwonki, czy też po prostu postanowił z braku laku dać to co mu zalegało na warsztacie? Tego typu zabiegi ilustracyjne, to w przypadku Serry żadna nowość. Już w Leonie Zawodowcu wszak pokazywał swoje aspiracje do eksperymentowania. Tam jednak specyficzna atmosfera filmu stwarzała pole na różnego rodzaju „dziwaczne” niuanse stylistyczne, w przypadku Bonda nie ma po prostu na to miejsca. Na tym oczywiście nie kończy się seria błędów jakich dopuścił się muzyk w Goldeneye.

Obejrzawszy film i przesłuchawszy soundtrack odniosłem wrażenie, że Serra najzwyczajniej w świecie nie zrozumiał ani samego obrazu, ani tego co 16 epizodów wstecz wprowadził do serii Norman i Barry. Chęć ubrania bondowej muzyki w nowe stylistyczne szaty tak mocno przysłoniła kompozytorowi oczy, że nie zdołał zauważyć, że to co robi po prostu nie trzyma się kupy. Z jednej strony bowiem otrzymujemy syntetyczną, flegmatyczną akcję oraz plumkający supense, z drugiej słodziutki, miłosny „rozpuszczalnik dusz” na instrumenty tradycyjne. Przepaść jaka się rodzi pomiędzy tego typu utworami jest głęboka. Wina leży głównie po stronie tych pierwszych, - elektronicznych eksperymentów - nijak dających się ogarnąć w wyobrażeniach dotychczasowego wizerunku muzycznego Bonda... co jak co o niebo bardziej żywiołowego niźli to co próbuje wcisnąć nam Francuz. I tak na przykład jeden z bardziej „porywających” kawałków na albumie A Pleasant Drive in St. Petersburg brzmi niczym potwornie słaba, radiowa wariacja tematyczna. Sama tematyka autorstwa Normana i Barry'ego zdaje się topić u Serry pomiędzy kolejnymi seriami sampli, wołając przy tym bezgłośnie o pomoc. Smak psują również pojawiające się co jakiś czas syntetyczne partie wokalne, czy też męski chór, bardzo mizernie prezentujący się w obrazie. Całe szczęście, co jakiś czas sytuację ratują tematy miłosne. Rozpisane są głownie na instrumenty smyczkowe i w przeciwieństwie do pozostałych elementów partytury potrafią przyciągnąć uwagę. Pierwszy z nich pojawi się w ładnym, aczkolwiek nostalgicznym We Share The Same Passion. Dużo więcej emocji serwuje temat z utworu The Severnaya Suite, który jeszcze kilkakrotnie powróci w innych lirycznych odsłonach. Ciekawostką jest wieńcząca płyte piosenka Serry, The Experience Of Love, która mimo, że z tematyką partytury ma niewiele wspólnego, stanowi ciekawe uzupełnienie romantycznego klimatu rozpościeranego przez wyżej wymienione utwory.

Moje subiektywne odczucia w stosunku do tej ścieżki są bardzo dalekie od miana pozytywnych. Serra stworzył partyturę nijak odnajdującą się w środowisku jakie przygotował wcześniej Barry, a swoimi nowatorskimi rozwiązaniami stylistycznymi nie wywiązał się należycie z zadania jakie na nim ciążyło – poprawnej ilustracji. Być może gdyby gatunek obrazu i jego tematyka dotyczyła czegoś innego, muzyka ta znalazłaby swoją rację bytu. Tutaj niestety nie funkcjonuje za dobrze. O walorach estetycznych materiału zawartego na płycie rozpisywał się nie będę, bo nie ma sensu kopać leżącego. Jeżeli ktoś zastanawiał się nad kupnem tego soundtracku apelowałbym o ponowne rozważenie tego posunięcia. Może się okazać, że wyrzucisz pieniądze w błoto...

Inne recenzje z serii:

  • Blood Stone (vg)
  • From Russia With Love
  • Goldfinger
  • Thunderball
  • You Only Live Twice
  • On Her Majesty's Secret Service
  • Diamonds Are Forever
  • Tomorrow Never Dies
  • World Is Not Enough
  • World Is Not Enough - Expanded Edition
  • Die Another Day
  • Die Another Day - Expanded Edition
  • Casino Royale
  • Quantum of Solace
  • Skyfall
  • Spectre

    Autor recenzji:  Tomek Goska
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    • 1. Goldeneye [ napisali: Bono and The Edge (U2) / wyk: Tina Turner] (04:46)
    • 2. The Goldeneye Overture (04:24)
    • 3. Ladies First (02:44)
    • 4. We Share the Same Passions (04:46)
    • 5. A Little Surprise For You (02:02)
    • 6. The Severnaya Suite (02:07)
    • 7. Our Lady of Smolensk (01:01)
    • 8. Whispering Statues (03:26)
    • 9. Run, Shoot, and Jump (01:05)
    • 10. A Pleasant Drive in St. Petersburg (04:28)
    • 11. Fatal Weakness (04:43)
    • 12. That's What Keeps You Alone (03:17)
    • 13. Dish Out of Water (03:57)
    • 14. The Scale to Hell (03:43)
    • 15. For Ever, James (02:01)
    • 16. The Experience of Love (05:57)
    Czas trwania: 54:27
    Komentarze
    Olek Dębicz 2006-11-13 18:03
    Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że "Goldeneye" jest najlepszym odcinkiem bonda z Brosnanem. Kobitki są niezłe, kilka scen wyśmienitych, ale ogólnie razi zbyt mocnym odejściem od konwencji (scena z czołgiem jest żałosna). Moim zdaniem najlepszy Bond z Brosnanem to "Jutro nie umiera nigdy".
    Koper 2006-11-13 18:43
    Też nie uznał bym tego za jeden z najlepszych filmów o Bondzie. Ale dla mnie najciekawsze były właśnie te części z T. Daltonem. :P
    Kuba 2006-11-13 19:30
    No... Koper - odważna deklaracja, bo wszyscy po Daltonie jadą jak leci. (Jakby co jednak, ja też uważam, że faceta się nie docenia, wniósł nieco mroku do postaci). A co do czołgu... hmm, Olek, uświadom mnie bo nie pamiętam, czy to właśnie przypadkiem w Jutro nie umiera nigdy, Bond skakał na motorze nad helikopterem? Dodam, lecącym. :>
    Babuch 2006-11-13 22:07
    Scieżki nie znam i nie zamierzam znać. Bond zresztą mnie głęboko gila zarówno jako film jak i muzyka. Świetne za to jest jedno - piosenka połowy składu z U2 (czyli wokalisty Bono i gitarzysty The Edge'a). Reszta mnie nie interesuje.
    Koper 2006-11-13 22:19
    Kuba- Dalton to aktor w duzej mierze teatralny jednak i zagrał on tę postać nieco inaczej. Poza tym Licencja na zabijanie to chyba jeden z najbrutalniejszych Bondów. Natomiast The Living Daylights miało fajną piosenkę A-Ha, ładną wiolonczelistkę i parę niezłych scen. :)
    Corsito 2006-11-17 21:40
    Po wielokrotnym przesłuchaniu tej sciezki w przeciagu wielu lat stwierdzam ze nie jest to taka porazka jak by sie wydawało...Na uwage zasługują utwory 1,2,6,8,12,15 zaprogramujcie sprzet na taką kombinacje i sami zobaczcie jak sie ocena zmieni. Ta ścieżka to świetny temat główny, ciekawa overtura w stylu Leona Zawodowca, piękny temat liryczny (3,12,15) i intrygujacy Whispering Statues. A co do najlepszego Bonda z Brosnanem to ja uważam ze jest nim Die Another Day
    Mefisto 2006-11-18 14:19
    To i ja wtrace swoje niepozadane ostatnimi czasy 3 grosze :p Goldeneye jako film - swietny, na pewno jeden z lepszych Bondów, niekoniecznie Brosnanowych :) Muzyka to zas porazka, jesli porówna sie ja do innych z tej serii (nawet do niezbyt lubianego Kamena z Daltonem), ale sama w sobie daje rade. W filmie spisuje sie przeciez calkiem dobrze, na plycie raczej tylko dla fanów Serry, bo jest bardzo przecietna w odsluchu
    Mefisto 2006-11-18 14:20
    LOL - znowu zapomnialem o ocenie :D
    Kuba 2006-11-18 14:49
    Corsito - z całym szacunkiem - ostatnie zdanie podważa wiarygodność Twojego komentarza :>
    RichGraff 2015-07-21 19:34
    Soundtrack został jednak mocno skrytykowany: wszelkiej maści krytycy muzyczni uznali pracę Francuza za słabą i zbyt rozklekotaną, narzekali na odejście od stylu Johna Barry'ego i tandetną elektronikę. Dobrze, że Serra nie naśladował niewolniczo Barry'ego, jak to czasami czyni David Arnold. Serra postawił na swój styl i się nie pomylił, bo muzyka w obrazie sprawuje się znakomicie. A czy to nie jest przypadkiem najważniejsze, mądralińscy Panowie krytycy? Muzyka Serry w "Goldeneye" jest pełna suspensu, gdyż Martin Campbell tym razem postanowił nakręcić pełnokrwisty thriller połączony z dynamiczną akcją. Kompozycje często są mocno liryczne, ponieważ obserwujemy tragedię ludzi z bazy w Severnya, surową przeprawę Natalyji w śniegu i rozterki Bonda na przepięknej plaży, która sprawia, że cała historia zyskuje jeszcze bardziej dramatyczny wymiar. "Goldeneye", to najbardziej dramatyczny soundtrack do "Bonda", a liryką - nie boję się tego powiedzieć - miażdży nawet bondowskiego Barry'ego. W scenach akcji, Serra sprawuje się znacznie słabiej, ale nadrabia emocjami, dramatyzmem i czystym brzmieniem orkiestry w pozostałych utworach. Krytycy przesadzili, Serra skomponował unikatowy soundtrack, zupełnie inny od prac Barry'ego i Arnolda i naprawdę świetnie wypadający w filmie.

    Do tej recenzji istniej? jeszcze 2 komentarze. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
  • 007 - Goldeneye

    Kompozytor:

    • Eric Serra

    Dyrygent:

    • John Altman

    Orkiestrator:

    • Eric Serra

    Wydawca:

    • Virgin Records (1995)

    Producent:

    • Eric Serra

    R E K L A M A





    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl


     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2019 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie