Szukaj: w


recenzje

Transformers


20 lat… tyle niemal czasu upłynęło kiedy to zrealizowano animowaną wersje filmu, którego bohaterami były jedne z najbardziej rozchwytywanych zabawek lat 80-tych, zwane Transformerami (od przeobrażania się z różnych pojazdów mechanicznych w ogromne roboty toczące nieustanną wojnę). Przedziwne te stwory swymi pełnymi patosu przemowami starały się wpoić w zafascynowane do granic możliwości gigantyzmem dzieci, chlubne ideały, biblię amerykańskiego społeczeństwa. Honor, patriotyzm, konieczność obrony słabszych.

Dla nas dzisiejszych dwudziesto, trzydziestolatków lśniące, samochody-roboty, były synonimem luksusowej zabawy na amerykańskim poziomie. A wszystko to zasługa żelaznej kurtyny i ... firmy Hasbro, która jako opozycje dla produkowanych przez siebie lalek (wyraźnie przeznaczonych dla odbiorcy żeńskiego…) wykreowała modę na Transformersy. Moda ta już wkrótce przerosła plany twórców i poczęła żyć własnym życiem. Zaczęły powstawać seriale animowane, nakręcono też pełnometrażową kreskówkę o walce Autobotów i Deceptikonów. Cały ten transformerowy świat w wielu umysłach wyrył niezatarte piętno, mentalność całego pokolenia małych chłopców zmieniając na zawsze. I kiedy już popularność samochodów zmieniających się w roboty odeszła do lamusa, ich właściciele zaczęli dorastać i zabawki zamienili na prawdziwe mustangi, jak grom z jasnego nieba uderzyła informacja, że oto w amerykańskiej fabryce snów, szykuje się ekranizacja.

Dobrze pamiętam ten moment i lekki uśmiech politowania. Do czego twórców Hollywoodu doprowadza uwiąd wyobraźni? Do chwytania się nawet najbardziej dziwacznych pomysłów. Jednakże gdy plotki zaczęły się rozwiewać, za kamerą stanął mistrz widowiskowego kina sensacyjnego Michael Bay, a jego poczynaniom czujnie przyglądał się sławny Steven Spielberg (pełniący funkcję producenta wykonawczego), szybko zrozumiałem że twórcy chcą nakręcić wielkie widowisko. Pełne efektów specjalnych, zrealizowane genialnie od strony technicznej, taką współczesną walkę gladiatorów, która z założenia nie ma być niczym więcej niż dobrą rozrywką. Stąd zatem zupełnie pozbawiony głębszej logiki scenariusz, amerykański patos i militarystyczne zacięcie, mające nawet w największym mięczaku obudzić potrzebę stania się twardzielem (najlepiej w mundurze US Army). Zapewne produkcja byłaby niestrawna, gdyby nie charakterystyczny humor Michaela Baya, który sprawia, że wiele rzeczy jesteśmy w stanie wybaczyć reżyserowi i w sumie dobrze się w kinie bawimy. Dodatkową zachętą (dla miłośników Transformerów) był niewątpliwie fakt zatrudnienia Petera Cullena, człowieka odpowiedzialnego za podkładanie głosu przywódcy Autobotów Optimusowi w bajkach z przed ponad dekady. Ot taki międzypokoleniowy pomost.

Nie było natomiast sensacją pojawienie się w nagłówkach osoby odpowiedzialnej za muzykę. Tak jak to było w przypadku "Wyspy", kompozytorem po raz kolejny został Steve Jablonsky z grupy RC. Nie ma co ukrywać, iż reżyserowi bardzo odpowiada taka forma muzyki. Gdy spojrzymy na jego dorobek filmowy to możemy śmiało określić, iż jest on stałym klientem powołanej przez Hansa Zimmera grupy młodych twórców, która nosi obecnie nazwę Remonte Control. Poniekąd można by rzec, że ich styl został wykreowany właśnie na potrzeby filmów Baya.

Jablonsky to stosunkowy nowicjusz w tym fachu. Gdy rzucimy okiem na jego filmografię na pewno nie znajdziemy tam znaczących prac, o których możemy się wypowiadać w samych superlatywach. Jedyną interesująca kompozycją jest Steamboy do zrealizowanego w stylu retro japońskiego filmu animowanego. Idąc dalej mamy nad wyraz przeciętne partytury (The Island, TCHM, TCHM: The Begining, The Amityville Horror). Niewątpliwie kompozytor dostał olbrzymią szanse na zaistnienie, bowiem Transformersi byli murowanym hitem. I nawet jakby rozpisał partyturę na "czkanie nosorożców" i tak znaleźli by się tacy co chętnie by ją kupili.

Score został wydany dopiero 9 października, a więc z ogromnym poślizgiem. Opóźnieniem, które dzięki petycji fanów zostało zminimalizowane zaledwie do kilku miesięcy wyczekiwania. Dystrybutor natomiast wcześniej uraczył nas kiepskim soundtrackiem, na którym to można było wysłuchać popisów kilkunastu kapel rockowych prezentujących niezbyt wysoki poziom. Trochę żal, że producenci nie poszli tropem stworzenia przyjemnej składanki do samochodu, obfitującej w dynamiczne, aczkolwiek nie drażniące soft-brzmienia (dlaczego u diabła nie zamieszczono wszystkich kawałków którymi komunikuje się z Samem Bumblebee???). Muzyki ilustracyjnej na tym albumie nie uświadczyliśmy. Przypadek? W mojej opinii raczej niezwykle przemyślana strategia marketingowa, oparta na budowaniu u klienta obsesyjnego wręcz pożądania. Do skutecznej realizacji tej strategii przyczyniły się również kompozytorskie promosy, niby to przypadkiem (krążą plotki o tym, że zostały wykradzione) wpuszczane do sieci. Obie nieoficjalne płyty (13 i 52 trackowe) nie zawierało jednak najlepszych wersji tematów (m.in. przez wielu upragniony fragment przybycia Autobotów na Ziemię), co tylko popiera moją teorię. Popiera ją też fakt, iż obecnie byle jakie atonalne, niesłuchalne gnioty, ukazują się na płytach zaraz po premierze, natomiast w stosunku do wielu komercyjnych hitów lepiej jest zastosować sondaż rynku i stopniowe wzmaganie popytu, które należycie przygotuje klienta do konieczności wydania pieniędzy na upragniony gadżet.

Gdy sięgniemy po oryginalne wydanie płyty od razu zauważymy, że tutaj także swe palce maczali specjaliści od marketingu. Album różni się bowiem bardzo zarówno od tego co słyszymy w samym filmie, jak i tego co wcześniej otrzymaliśmy na promocyjnych krążkach. Jest bardziej przystępny dla typowego słuchacza, mniej tu filmowej ilustracji. Wiele utworów zostało też podrasowanych muzycznie, tak aby zadowolić miłośników innych gatunków muzyki. Wszystko brzmi wyraziście, wręcz donośnie. Zewsząd jesteśmy narażeni od niemal samego początku na mocne partie smyczkowe, okraszone masywnym chórem o mieszanej barwie. Już na wstępie możemy zauważyć rysy głównych tematów, zarówno dla autobotów i deceptikonów. Autoboty zostały scharakteryzowane poprzez pasaże instrumentów smyczkowych oraz dętych. Wprowadzono też sopranowy chór żeński, aby zapewne nadać pewnego mistycyzmu oraz zaakcentować nadprzyrodzone dobro bijące z tych robotów. Deceptikony, jak przystało na złe stwory siejące strach i zniszczenie Jablonsky opisał przez posępny, ponury, mieszany chór. Warto wspomnieć o zastosowaniu elektroniki, którą podziwiać możemy w większości utworów na albumie, aczkolwiek nie staje się ona trzonem partytury, lecz raczej jej uzupełnieniem, które dobrze koloryzuje poszczególne utwory. Końcówka partytury to szalejący tajfun instrumentalny z wplecionymi partiami chóru. Jablonsky nie gubi się w tym wszystkim i umiejętnie prowadzi orkiestrę aż do samego finału.

Wśród mnogiej ilości peanów można odnaleźć kilka znaczących negatywnych cech. Już na samym początku zauważamy dominację plastykowych, pozbawionych jakiejkolwiek szczerości emocji. Czasem można pomyśleć, że kompozytor stworzył odę, która ma na celu poprawiać patriotyczną świadomość każdego amerykańskiego dziecka. Ta patetyczność, jest w moim odczuciu przesadzona i infantylna. Do tego album Jablonskiego zwyczajnie nuży, tematy powtarzają się w kółko i gdy dodamy do tego warczącą wspólnie z chórem orkiestrę możemy czuć się znudzeni. Chyba największą wadą tego scoru jest jednak … tapeciarstwo i zupełny brak oryginalności… Muzyk w większości utworów bazuje na dokonaniach innych kompozytorów. Szczególnie kopiuje nam fragmenty prac Hansa Zimmera ale nie tylko. Znajdziemy tutaj nawiązania do Króla Artura, Piratów z Karaibów, Armageddonu, Pearl Harbor, Batmana czy nawet American Beauty Thomasa Newmana (Sam at the Lake). To wszystko sprawia iż partytura Jablonskiego to produkt, papka i masówka której głębia może być porównana z głębinami kałuż przed hipermarketem.

Partytura ta jest ewidentne tworem, który z pewnością zadowoli wściekłe środowisko fanów, środowisko, które zapewne już wkrótce rozpocznie obronną krucjatę tego tworu. Transformers to muzyka stworzona dla konkretnego, dodajmy niezbyt wymagającego odbiorcy, jako popelinowa cepeliada. I choć jest to pewnie dobra rozrywka, to jednak zestaw tych samych chwytów, wyżutych z jakiekolwiek oryginalności (która to staje się pojęciem zapomnianym przez współczesnych kompozytorów muzyki filmowej) sprawia, że mimo wysokiej słuchalności płyty nie można jej ocenić wyżej niż na 3. Z braku ciekawych pozycji na tegorocznym rynku partytura z Transformers staje się produktem wartym poznania i… chyba nic ponadto.

Podziękowania dla Łukasza Wudarskiego za pomoc w tworzeniu tekstu.


Inne recenzje z serii:

  • Transformers: Revenge of the Fallen (album)
  • Transformers: Revenge of the Fallen (score)
  • Transformers: Dark of the Moon (score)
  • Transformers 4: Age of Extinction
  • Transformers 5: The Last Knight
  • Transformers: The Movie
  • Transformers Prime

    Autor recenzji:  Przemek Korpus
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    • 1. Autobots (02:33)
    • 2. Decepticons (03:52)
    • 3. All Spark (03:35)
    • 4. Deciphering The Signal (03:09)
    • 5. Frenzy (01:57)
    • 6. Optimus (03:16)
    • 7. Bumblebee (03:58)
    • 8. Soccent Attack (02:07)
    • 9. Sam At The Lake (02:00)
    • 10. Scorponok (04:57)
    • 11. Cybertron (02:46)
    • 12. Arrival To Earth (05:27)
    • 13. Witwicky (01:57)
    • 14. Downtown Battle (01:33)
    • 15. Sector 7 (02:05)
    • 16. Bumblebee Captured (02:17)
    • 17. You're A Soldier Now (03:28)
    • 18. Sam On The Roof (02:03)
    • 19. Optimus vs. Megatron (04:00)
    • 20. No Sacrifice, No Victory (02:58)
    Czas trwania: 59:58
    Komentarze
    Koper 2008-02-24 22:38
    3, w porywach 3,5 za rolę w filmie (nieznośny patos) i 1, w porywach 1,5 za oryginalność. Średnia naciągana jak widać. Na soundtracku nawet nie próbuję tego słuchać. :P Film zaś to Bay do kwadratu - te milion razy wałkowane ujęcia na wprost Słońca, nonsensowna fabuła, patetyczne slogany... Ale dzięki humorowi i przyzwoitym F/X da się obejrzeć. Gdybym był jakieś 15 lat młodszy pewnie jarałbym się tymi Transformersami, ale dziś to taki film do jednorazowego obejrzenia jak dla mnie. :)
    Pollucus 2008-04-11 19:41
    Nie jestem wyjadaczem jeśli chodzi o muzykę filmową i nie słyszę tylu zapożyczeń jak tutejsi bywalcy, ale nie rozumiem czemu tak sie czepiają samych melodii. Muza ta jest mila do słuchania i może sie podobać. Są też momenty idealnie pasujące do filmu. 3 to dla mnie za nisko, zwłaszcza że choćby Mortal Kombat: Annihilation ma tak dobre, a to straszna chała. Co do filmu to nie musi być ambitny, ma porostu dobrze sie oglądać. Zarzut że nie ma lichą fabułę to bezsens! A jako dawny fan transformers muszę powiedzieć że film dobrze wyszedł.
    szalony joe 2008-05-11 11:56
    sluchajcie poszukuje nazwy utworu ktory "wypowiada" bumblebee podczas gdy Optimus przedstawia go samowi.
    Grzegorz 2008-09-01 10:35
    Complete score 2 CD po 30 tracków w każdym...
    Grzegorz 2008-09-01 10:39
    To ocena za ten complete, taki plus, żeby na przyszłość Jablonsky'iemu (Jezu, jakie kalectwo) lepiej się pracowało
    mickey_bond 2011-02-16 11:39
    utwor Optimus i Bumblebee sa genialne jako utwory same w sobie, szczerze mowiac to podczas jakze emocjonujacego seansu ich nie wychwycilem... W kazdym razie mistrzostwo jesli chodzi o melodyke, bez nawiazan na tej plaszczyznie (moze dlatego, bo wreszcie melodyka sie u Jablonskiego pojawila), brzmienie tez swietne. A reszta to dla mnie nic ciekawego. Z recenzji bije troche niecheci do kompozytora, ale to chyba normalne u Was z tego co zauwazylem :P
    michal 2011-09-22 17:36
    Przesłuchałem ten soundtrack - to było wyzwanie, ale uwinąłem się w 10 minut. Nudna muzyka i to bardzo, muzyka akcji prymitywna i niezachwycająca, choć momenty w których orkiestra wygrywa rytmicznie akordy są faktycznie podniosłe. Brzmienie myślę że bardzo dobre, czyste i przejrzyste ubarwione dobrą, choć nudną już elektroniką - idealnie pasuje do robotów. Liryka w połączeniu z obrazem tak patetyczna, że porzygać się można (dobrze, ze nie pamietam co ilustruje utwor Bumblebee Captured). Co do tematyki, to Optimus brzmi tak dobrze raczej przez piękne brzmienie fletu z idealnie dopasowanym pogłosem, niż przez jakość melodii, sam temat główny też niezbyt mnie zachwyca (ale o nim jeszcze coś napiszę), natomiast Arrival to fajna melodia, ale raczej nie wnosząca nic nowego, jest jednak jeden temat, który się wyróżnia - Bumblebee - pod koniec utworu, bardzo dobra osrkiestracja, szczególnie jak wchodzą smyczki, to jedyny utwór z tej płyty, który lubie często słuchać (choć początek sztampowo i nudno się rozkręca). To sie udalo Jablonskiemu i gdyby nie tepota filmu i slaba jakosc ogolnie muzyki oraz brak wyeksponowania tego tematu w filmie, z pewnoscia zostalby ten temat doceniony, poniewaz trzyma poziom genialnosci - mowie tu o samej melodii, a nie o patetycznym i syntetycznym sposobie zaprezentowania jej (bo zaraz mi ktos powie, ze to cienki temat, nie ma emocji itd - to bzdurny argument, tak mozna powiedziec o wszystkim i nic sie nie udowodni, mozna tez zawsze wysmiac kogos, ze w taki sposob wyraza sie o tym scierwie jablonskiego, zaznaczam jednak, ze mowie tu o samym temacie, nie o utworze. Gdyby ktorys z kolesi z RC skomponowal temat lepszy niz np temat z Listy Schindlera - to wy byscie tego nie zauwazyli. Tak tak wiem, to sie nigdy nie stanie ;). Sama melodia zasluguje na cos wiecej, niz taki film. Co do tematu glownego - tu brzmi kiczowato, natomiast w drugiej czesci w utworze Forest Battle rowniez trzyma najwyzszy poziom - neistety trwa moze 40 sekund. Podsumowujac - temat Bumblebee ok 1 min plus 40 sek z drugiej czesci - daje to minuta czterdziesci dobrej muzyki z tych trzech soundtrackow. Super. A co do filmu - mam gdzies glupote, slaby scenariusz, bezsensownosc... To wszystko nie wazne, bo moge popatrzec na rozpierdzielajace sie roboty i taka wlasnie prymitywna muzyka idealnie do tego pasuje. Za dzialanie muzyki w filmie dalbym 4.5, natomiast za muzyke na plycie i oryginalnosc - 1.
    cptMichaaX 2013-01-08 18:53
    Mnie tam soundtrack się bardzo podoba. Dobry motyw przewodniu. Większość ścieżek jest świetnych. O gustach nie nie dyskutuje. Ale ja nie mogę zaakceptować tej recenzji i wybranych ścieżek uważanych za stosowne.
    Mieszko 2013-07-02 22:40
    Pal licho oryginalność. "Transformers", podobnie jak chociażby "Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły", to ścieżka tak charakterystyczna, że nie da się jej nie lubić.
    SYLVEK 2014-08-01 12:20
    GDYBY TAK JABLONSKY CALY CZAS PRACOWAL Z BAYEM I NIE ROBIL TEJ TANDETY DO INNYCH FILMOW TO BY BYLO DOBRZE BO TAK SIE ROBI SMIETNIK NA RYNKU W MUZYCE FILMOWEJ

    Do tej recenzji istnieje jeszcze 31 komentarzy. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
  • Transformers

    Kompozytor:

    • Steve Jablonsky

    Dyrygent:

    • Nick Glennie-Smith

    Orkiestrator:

    • Bruce Fowler, Elizabeth Finch, Walt Fowler, Rick Giovinazzo, Penka Kouneva i Ken Kugler

    Soliści:

    • Martin Tillmam, George Doering, Mike Fisher i Frank Macchia

    Wydawca:

    • Warner Brothers (2007)

    Producent:

    • Steve Jablonsky

    R E K L A M A





    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl


     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2019 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie