Szukaj: w


recenzje

Golden Compass, the (Złoty kompas)


To prawdziwa sztuka tak fatalnie zekranizować może nie arcydzieło światowej literatury, ale interesującą i oryginalną, a w paru miejscach wizjonerską powieść, sprowadzając ją do infantylnej i koszmarnie opowiedzianej bajki o dziewczynce próbującej ocalić swojego przyjaciela. Namacalnie wręcz widać, jak twórcy siłą starali się wtłoczyć narrację w ramy dwóch godzin, czyniąc z nieźle skonstruowanej książki nielogiczny miszmasz, dodatkowo okaleczony wołającym o pomstę do nieba polskim dubbingiem. Dla kabaretowych wręcz dialogów przeciwwagą może być piękna rzeczywiście strona wizualna filmu, niezdolna niestety podźwignąć sztucznego kolosa, jakim okazuje się być adaptacja Złotego kompasu (aka Zorzy północnej). I gdyby nie imponujące efekty i zjawiskowa jak zawsze Nicole Kidman, jedynym atutem obrazu New Line Cinema byłaby muzyka...

Zaangażowanie do projektu Alexandre Desplata miało podobny wyraz co analogiczna sytuacja z Howardem Shore i Władcą pierścieni przed paru laty, oto bowiem raczej nie-hollywoodzki i nieszablonowy kompozytor otrzymywał szansę opisania ekranowej fantastyki według swojego pomysłu. Nietuzinkowa powieść Pullmana, daleka od schematów historii o złych czarnoksiężnikach i Elfach, stanowiła jednak zagadkę – jak bowiem zdefiniować muzycznie świat, gdzie obok siebie istnieją parostatki, zeppeliny, gadające niedźwiedzie i latające wiedźmy? Sądząc po pierwszych, mieszanych reakcjach na partyturę Francuza, fani, oczekując klasycznej opowieści fantasy, spodziewali się powtórki z Shore’a; jak się okazało, nic bardziej mylnego, bowiem Desplat stworzył ilustrację, która stanowi swoistą antytezę Władcy pierścieni w ramach szeroko pojętej kinowej fantastyki.

Nie pokusił się jednak Francuz o rewolucję, ośmieliłbym się rzec, że jego Złoty kompas jest muzyką o korzeniach hollywoodzkich (zresztą sam autor, obok inspiracji wielkimi kompozytorami pokroju Ravela, Sibeliusa i Mahlera, wylicza Johna Williamsa czy Bernarda Herrmanna), ale ów konwencjonalizm Fabryki Snów odkształcającą do granic możliwości. Nie jest to partytura o charakterze europejskim, zwłaszcza że owa „europejskość” to dość mgliste pojęcie – można co najwyżej powiedzieć, że duch tego przedsięwzięcia zawiera jakąś cząstkę Starego Kontynentu, sama zaś materialna forma aż tak rewolucyjną bynajmniej się nie okazuje. Analizując i interpretując tę muzykę, należy właściwie na każdym kroku przypominać o unikalności i specyfice uniwersum Pullmana, ażeby nie popaść w niesprawiedliwą tendencję do porównań z symfoniami fantasy pióra Hornera, Poledourisa i Shore’a – co nie znaczy oczywiście, że wszystkie cechy kompozycji Francuza można w ten sposób usprawiedliwiać.

Przede wszystkim, jest to partytura wymagająca uwagi i - zapewne w większości przypadków - kilku podejść. Wynika to z rozwiązań, o jakie pokusił się Desplat: po pierwsze, choć Złoty kompas oferuje naprawdę spore bogactwo tematyczne, to tematyka ma bardzo zachowawczy charakter; po drugie, narracja zdaje się samoograniczać w swojej sugestywności i inwazyjności; po trzecie, całość nietypowo dla hollywoodzkiej superprodukcji muzycznej rozkłada akcenty. Wszystkie te cechy pokazuje znakomicie obszerny czasowo underscore, który u Desplata funkcjonuje zaskakująco... konserwatywnie, jak gdyby miejscami stanowił wyraz kompozytorskiej mentalności sprzed dobrych kilku dekad. Jak odkrywają kolejne przesłuchania, underscore, mimo że z pozoru wydawać się może nudnym tłem, w istocie bardzo silnie opiera się na bazie tematycznej partytury. Nie jest to jednak tematyczność wykorzystywana na sposób Shore’a (znów to zgubne porównanie, ale dobrze oddaje metodologię twórczą Francuza), gdzie jej ostentacyjność miała charakter przede wszystkim emocjonalny. Desplat nie wzbogaca swojej pracy o regularne erupcje emocji, dawkuje je na swój subtelny sposób jakby „podskórnie”, choć kompozycja ta jest wyraźnie bardziej intelektualna, aniżeli intuicyjna (w odróżnieniu od chociażby prac Hornera). Technika lejtmotywiczna, podobnie jak u Shore’a ma tu centralne znaczenie i Francuz jej przestrzega, niemniej o ile Władca pierścieni zdawał się posiadać wyraziste lejtmotywy dotyczące każdego właściwie elementu uniwersum Tolkiena, to w Złotym kompasie przybierają one miejscami kształt bardziej barw, aniżeli konkretnych idei tematycznych. Tak jest chociażby z niepokojącymi frazami fortepianiu, powiązanymi z władcą królestwa niedźwiedzi, Ragnarem Sturlussonem, występującymi w roli podłożonego pod dialogi underscore. Już w krótkiej rozmowie pani Coulter z główną bohaterką Lyrą barwy te, gdy tylko król Svalbardu zostaje wspomniany, delikatnie pojawiają się w tle, dokładając cegiełkę pod budowę muzycznego oblicza uniwersum Pullmana. I takie zachowanie underscore, które nieraz zahacza o konstrukcyjny majstersztyk, w wielu miejscach można zaobserwować.

Dla kontrastu jednak, spora część tematycznej bazy ma bardziej wyrazisty, tradycyjny dla hollywoodzkiego kina charakter. Jest zatem epicki, niepokojący temat przewodni (z lekko złowieszczym wyrazem, przypominającym tegoroczne Island of Lost Souls Jane Antonii Cornish), są tematy dla Lyry i jej towarzyszy z Kolegium (Lyra, Roger And Billy), jest podniosły temat dla niedźwiedzia Iorka Byrnisona (również wtłoczony częstokroć w formę underscore, z triumfalną pełnoorkiestrową aranżacją dopiero w Iorek’s Victory), jest wreszcie śliczny temat przyjaźni, w kształcie niemalże kołysanki wieńczący całość (Epilogue). Równocześnie sporo postaci, jak na razie przynajmniej, konkretnych melodycznych rozwiązań się nie dorobiło, a jedynie pewne barwy muzyczne sygnalizują ich obecność – mowa tu chociażby o aeronaucie Scoresby’m czy czarownicy Serafinie Pekkali, co zapewne zmieni się, o ile kolejne części filmu dojdą do skutku. Tradycyjnie dla Francuza sporą rolę w kreowaniu nastroju i prowadzeniu melodii ma fortepian (dość przewidywalne Letters From Bolvangar), nie brakuje również ukochanych przez niego dynamicznych sekwencji smyczkowych (ciekawa aranżacja tematu głównego w przywołującym na myśl Królową utworze Sky Ferry), a nawet snującego się w tle basu rodem z Birth czy Syriany.

Czy jednak powyższe lejtmotywy sprawdzają się jakoś wyjątkowo w swoich czołowych, symfonicznych wersjach, mam wątpliwości. Wyraźnie inspirowany Williamsem przełomu lat 70-tych i 80-tych początek Riding Iorek wydaje się dysonować nieco z otaczającym go materiałem, epicki Lord Asriel również sprawia wrażenie wymuszonego. Przypuszczam, że sporo winy leży tu po stronie narracji i montażu filmu, które nie pozwalają na dłuższe niż kilkudziesięciosekundowe rozwinięcia tematycznych idei i powodują pewne zgrzyty w ekranowej prezentacji muzyki Francuza – zdarza się zatem, że im bardziej konwencjonalny kształt przybiera ścieżka dźwiękowa, tym mniej jest dla odbiorcy satysfakcjonująca. Na szczęście, tam gdzie Desplat stawia na barwę, partytura działa błyskotliwie, a elegancki i chłodny temat pani Coulter, czy 5-nutowy motyw dla Pyłu (swoją drogą świetnie połączony z istotą Złotego Kompasu) na gongi i tybetańskie misy, kreują z niewątpliwym sukcesem mistyczny klimat dla filmowych wydarzeń.

Za największy atut kompozycji uznaję bez wahania muzykę akcji. Subtelny zwykle Desplat bardzo mile mnie w tym aspekcie zaskoczył, z jednej strony bowiem decyduje się na kilka aluzji do klasyków gatunku (czysty Herrmann w początkowej fazie Lyra Escapes, trochę krótkich cytatów z Goldsmitha), z drugiej zaś tworzy akcję bardzo ekscytującą i – co najważniejsze – świeżą jak na dzisiejsze standardy. Sekwencje te nie są kolosami na miarę Arnolda czy Debney’a, inaczej wykorzystują instrumentarium symfoniczne, z głównym akcentem na smyczki, jednak takie utwory, jak Samoyed Attack, dosłownie spektakularne Ice Bear Combat czy zachwycające Battle With the Tartars (jeden z kawałków roku, bez wątpienia), to orzeźwiający powiew dla skostniałej stylistyki współczesnej, banalnej muzyki akcji. Szkoda, że nie udało się więcej jej zmieścić na albumie, kosztem paru zbędnych fragmentów underscore...

Gdzie natomiast tkwią braki Złotego kompasu? Album jest z pewnością niesatysfakcjonująco zmontowany, choć pokrywa większość filmowej narracji, w końcowych fazach bowiem nadmiar underscore dosłownie go zabija. Poza tym, całości brakuje nieco większego bogactwa tekstur, a przecież to Desplat, od którego takich rozwiązań można by oczekiwać. Szarpana konstrukcja obrazu odbija się na kształcie muzyki, sprawiając, że nie bardzo momentami wiadomo, w którą stronę kompozycja dąży. Wreszcie, zdaje się brakować swoistego tchnięcia geniuszu, mogącego wynieść tę ścieżkę na poziom wybitności, jak to było chociażby z Troją Yareda. Mimo to, o ile oczywiście miłośnik Hornera czy Poledourisa może nie zaakceptować obecnej tu, zachowawczej metody muzycznej narracji, to partytura Desplata, miejscami błyskotliwa, miejscami intrygująca, jawi się jako jedna z ciekawszych, nietuzinkowych pozycji tego roku, mimo że do ideału wiele jej brakuje. Wymagająca, ale intelektualnie satysfakcjonująca fantastyka.



Autor recenzji:  Marek Łach
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. The Golden Compass (02:22)
  • 2. Sky Ferry (02:44)
  • 3. Letters From Bolvangar (02:33)
  • 4. Lyra, Roger And Billy (01:29)
  • 5. Mrs. Coulter (05:20)
  • 6. Lyra Escapes (03:44)
  • 7. The Magisterium (01:58)
  • 8. Dust (01:10)
  • 9. Serafina Pekkala (01:50)
  • 10. Lee Scoresby's Airship Adventure (01:20)
  • 11. Iorek Byrnison (05:28)
  • 12. Lord Faa, King Of The Gyptians (02:17)
  • 13. The Golden Monkey (02:04)
  • 14. Riding Iorek (04:38)
  • 15. Samoyed Attack (01:21)
  • 16. Lord Asriel (02:10)
  • 17. Ragnar Sturlusson (06:18)
  • 18. Ice Bear Combat (02:15)
  • 19. Iorek's Victory (01:26)
  • 20. The Ice Bridge (01:33)
  • 21. Rescuing The Children (02:18)
  • 22. Intercision (02:47)
  • 23. Mother (03:35)
  • 24. Battle With The Tartars (04:31)
  • 25. Epilogue (03:33)
  • 26. Lyra (03:19) - Kate Bush
Czas trwania: 74:03
Komentarze
Tomek 2007-12-18 19:32
Score byłby całkowicie inaczej odbierany gdyby nie HYPE, stworzony przez fanów (i Ciebie Drogi Marku też :-P).
Marek 2007-12-21 00:51
Ee tam, przecież gdy ludzie słyszą fantasy, to od razu chcą kolejnego Conana albo LOTRa i tak czy siak im nie przemówisz:P
Koper 2007-12-21 12:47
No a czego mają chcieć? Muzyki a'la dramat psychologiczny albo broadwayowski musical? ;P:P
Marek 2007-12-21 14:06
Ech Koprze ponosi Cię znowu zapał retoryczny, ale w porządku wyjaśnię Ci to, żebyś nie żył w niepewności:P Fantasy to wbrew pozorom strasznie hermetyczny gatunek, co moim zdaniem ostatnie lata dobitnie potwierdzają. Jak ktoś chce je robić konserwatywnie to wychodzą różne Eragony i w sumie w tej basilowo-hornerowskiej stylistyce najwięcej co można uzyskać to takie solidne rzemiosło a la Twój George and the Dragon. Tu trzeba czegoś nowego, żeby wzbić się na wyżyny, dodać czegoś od siebie (co Shore'owi się udało, ale mało kto ma tak charakterystyczny styl). Ja wiem, że fajnie sobie takiego Lair posłuchać, ale to tylko rozrywka bez większych wartości, która nie pcha gatunku do przodu. Zresztą, problem jaki z TGC ludzie mają to słuchalność, a słuchalność to taki fetysz naszego środowiska, jakby wszystkie inne aspekty muzyki miały znaczenie drugorzędne. Po prostu podświadomie większość odbiorców odnosi się do Conana lub LOTRa, co jest krzywdzące i trzyma gatunek w miejscu.
Koper 2007-12-22 13:03
A może by tak po polsku? :P Bo nie wiadomo o co Ci chodzi. Żeby niby ktoś wymyślił nową stylistykę muzyczną dla filmów fantasy? Można zatrudnić Julyana, powiedzieć mu żeby zrobił coś w stylu "Prestiżu" i będziesz happy wtedy? :P
Radek Bołtuć 2008-02-07 19:58
Przerost formy nad treścią. Tak bym w jednym zdaniu określił tą kompozycję Desplata. Jest tu kilka dobrych, bardzo udanych fragmentów, jednakże brakuje wyrazistej pracy tematycznej. Do filmów takiego pokroju potrzeba muzyki prostszej, śmielszej. Francuz niepotrzebnie wybrał drogę artystycznego kreowania wizerunku swojej kompozycji, wszak nie o to tu chodziło. Po prostu przekombinował, według mnie. Stworzył kilka udanych tematów, niektóre z nich niestety w nieadekwatnej aranżacji w stosunku do obrazu. Co nie oznacza jednak, że płyty nie warto słuchać. Wręcz przeciwnie- warto, choćby dla kilku kapitalnych fragmentów.
Koper 2008-02-21 00:55
Zgadzam się z Radkiem - przekombinowane to jakieś. Niby wszystko ładnie pięknie, od strony technicznej nie idzie się do niczego przyczepić, ale brak tu magii, polotu, prostoty, która powinna cechować takie scory. To w końcu film głownie dla dzieci i muzyka powinna być jak dziecięca wyobraźnia, sympatyczna, wdzięczna i może nawet tak samo naiwna. Powinno się wyczuwać baśniowość w takim score. To już Harry Potter ma więcej magii w sobie, o fantasy-klasykach Hornera, Williamsa, o NeverEnding Story nei wspominając. Score słucha się nawet, nawet, choć album zecydowanie jest za długi (w tym jednym nie ustępuje Hornerowi :D) ale jak piszę - pomysł Desplata na muzykę do familijnego fantasy okazał się raczej nietrafiony. Plus za oryginalność i klasę kompozycji, minus za ilustracyjny sos, w którym zdają się tonąć ciekawe idee. Złe to nie jest, ale do kalsyki muzyki filmowej nie przejdzie - co to, to nie.
Tomek 2008-03-08 16:13
Najbogatsze, najbardziej zróżnicowane, kolorowe i najinteligentniejsze fantasy od czasów "Władcy pierścienia" Howarda Shore'a. Zatrzęsienie tematów, brzmień, zmian tonacji, elementów etnicznych, wokalnych, momentów wyciszenia, piękna, ale też porywających i inspirujących. Symfoniczna uczta i wizja.
bladerunner22 2012-05-03 20:40
trója , płyta niestety mnie nie porywa, poza paroma fragmentami niemiłosiernie nudzi, baza tematyczna też pozostawia wiele do życzenia. Solidna to muzyka, ale bez fajerwerków.
Mieszko 2013-10-27 15:05
Solidna, barwna i bogata w motywy ilustracja do poprawnego filmu fantasy. "Battle With The Tartars" - ścisła czołówka roku 2007. Śliczna "Lyra" w wykonaniu Kate Bush.

Do tej recenzji istnieje jeszcze 16 komentarzy. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
Golden Compass, the (Złoty kompas)

Kompozytor:

  • Alexandre Desplat

Dyrygent:

  • Alexandre Desplat
  • Gavin Greenaway
  • Terry Edwards (chór)
  • Lee Ward (chór c

Orkiestrator:

  • Alexandre Desplat
  • Conrad Pope
  • Erik Lundborg
  • Clifford J.Tasner
  • David Butterworth

Soliści:

  • Vincent Segal (elektryczne skrzypce)
  • Michael Ormiston (overtone)
  • Jan Hendrickse, Bill Lyons i Nick Perry (etniczne drewniane)
  • Thomas Bowes (skrzypce)
  • Anthony Pleeth (wiolonczela)
  • Maurice Murphy (trąbka)
  • Robert Winn (flet)
  • Nicholas Bucknall (klarnet)
  • Richard Watkins (róg)
  • Owen Slade (tuba)
  • Paul Clarvis (perkusja etniczna)
  • Gary Kettel, Frank Ricotti i Paul Clarvis (tybetańskie kule i gongi)
  • Greg Knowles (cymbały)
  • Tristan Fry (kotły)
  • Skaila Kanga (harfa)
  • Alison Stephens i Nigel Woodhouse (mandolina)
  • Alexandre Desplat (programming i flety etniczne)

Wykonawcy:

  • The London Symphony Orchestra
  • The London Voices (chór)
  • The London Oratory, School Schola (chór chłopięcy)

Wydawca:

  • Decca Records (2007)

Producent:

  • Alexandre Desplat

R E K L A M A






NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl

 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2018 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie